– U nas bez zmian – mówi jeden.
– U nas też – dorzuca drugi.
Jak w dobrym, długoletnim małżeństwie. Te same rytuały, te same kłótnie, te same kompromisy. Wiedzą, ile kosztuje utrzymanie. Wiedzą, co się psuje zimą, a co latem. Wiedzą, gdzie linia ma swoje humory i czego jej lepiej nie mówić.
I wtedy ktoś patrzy na mnie.
– A ty?
– Ty znowu masz nową?
Bo ja jestem tym od industrializacji. Tym, który co roku przyprowadza nową linię produkcyjną. Nowy produkt. Nowego klienta. Nowe ryzyka, które jeszcze nie mają nawet swoich zakładek w Excelu.
Moi koledzy są w stałych związkach. A ja jestem Alvaro del Industrialization. Oni znają swoje linie od podszewki. Wiedzą, że jak temperatura podskoczy o dwa stopnie, to zaraz wyskoczy problem jakościowy. Wiedzą, że na tym gnieździe nowy operator potrzebuje tygodnia, a na tamtym – miesiąca. Wiedzą, gdzie proces boli i jak go uspokoić.
Ja poznaję wszystko od zera. Pierwsze spotkanie z klientem. Pierwszy layout, który na slajdzie wygląda świetnie. Pierwsze analizy ryzyka, które pokazują, że to nie będzie łatwa droga. To są randki w ciemno. Niby coś o sobie wiemy, ale dopiero jak zaczynamy produkować, wychodzą prawdziwe charaktery.
REKLAMA
Na początku zawsze jest euforia
Nowa...
