Alvaro del Industrialization i jego miłości

Felieton

NA SPOTKANIACH BUDŻETOWYCH ZAWSZE JEST TEN MOMENT CISZY. TAKI, W KTÓRYM WSZYSCY JUŻ POWIEDZIELI SWOJE, ARKUSZE SIĘ ZGADZAJĄ, LICZBY SĄ ZNANE. MOI KOLEDZY – INŻYNIEROWIE PROCESU – SIEDZĄ SPOKOJNIE. MAJĄ SWOJE LINIE. STAŁE. PRZEWIDYWALNE. Z HISTORIĄ.

– U nas bez zmian – mówi jeden.
– U nas też – dorzuca drugi.
Jak w dobrym, długoletnim małżeństwie. Te same rytuały, te same kłótnie, te same kompromisy. Wiedzą, ile kosztuje utrzymanie. Wiedzą, co się psuje zimą, a co latem. Wiedzą, gdzie linia ma swoje humory i czego jej lepiej nie mówić.
I wtedy ktoś patrzy na mnie.
– A ty?
– Ty znowu masz nową?
Bo ja jestem tym od industrializacji. Tym, który co roku przyprowadza nową linię produkcyjną. Nowy produkt. Nowego klienta. Nowe ryzyka, które jeszcze nie mają nawet swoich zakładek w Excelu.
Moi koledzy są w stałych związkach. A ja jestem Alvaro del Industrialization. Oni znają swoje linie od podszewki. Wiedzą, że jak temperatura podskoczy o dwa stopnie, to zaraz wyskoczy problem jakościowy. Wiedzą, że na tym gnieździe nowy operator potrzebuje tygodnia, a na tamtym – miesiąca. Wiedzą, gdzie proces boli i jak go uspokoić.
Ja poznaję wszystko od zera. Pierwsze spotkanie z klientem. Pierwszy layout, który na slajdzie wygląda świetnie. Pierwsze analizy ryzyka, które pokazują, że to nie będzie łatwa droga. To są randki w ciemno. Niby coś o sobie wiemy, ale dopiero jak zaczynamy produkować, wychodzą prawdziwe charaktery.

REKLAMA

Na początku zawsze jest euforia

Nowa...

Pozostałe 90% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 numerów czasopisma "Menedżer Produkcji"
  • Dostęp do wszystkich archiwalnych artykułów w wersji online
  • Dodatkowe dokumenty do pobrania i samodzielnej edycji
  • ...i wiele więcej!

Przypisy