Lubię LinkedIn, bo jest platformą skupiającą ludzi związanych z biznesem. Ułatwia nawiązywanie kontaktów oraz znacznie upraszcza profilowanie grup, do których chcemy dotrzeć.
Niestety zaczął mieć też opinię wyjątkowo zakłamanego portalu. Historie ciągłych sukcesów, wyłącznie inspirujące spotkania i szkolenia, budowa jedynie świetnych relacji. A gdzie potknięcia, problemy, kryzysy? Gdzie „prawdziwe” życie? Niby dobrze wiemy, że najbardziej uczą nas porażki, rzeczy, które nam się nie udały. Co więcej – zdajemy sobie sprawę, że nasi potencjalni czytelnicy chętniej zainteresują się historią opowiadającą o tym, co nie wyszło niż kolejną laurką. To skąd to przeciwne działanie?
Powodów pewnie jest kilka. Przede wszystkim chcemy tworzyć i pokazywać historię naszych sukcesów, imponować innym, na naszych dokonaniach budować swój autorytet i pozycję. I LinkedIn nie jest tutaj znacząco różny od innych mediów społecznościowych. Poza tym wydaje się nam, że jeśli przyznamy się do tego, że coś kiedyś nam nie poszło, spowoduje to skazę na naszym (jak nam się wydaje) nieskazitelnym wizerunku. Żeby uzmysłowić Wam, jak kuriozalne może to przyjmować formy, opowiem o moim doświadczeniu sprzed kilku dni.
REKLAMA
Znaczące spotkanie
Używając języka LinkedInowego: miałem ostatnio okazję uczestniczyć w inspirującym wydarzeniu – spotkaniu grupy lokalnych przedsiębiorców, specjalistów i prywatnych osób pod auspicjami psychologa oraz przedstawiciela policji. Nie stworzyliśmy może szczególnie silnych relacji, ale to głównie dlatego, że jako jedyny na tym spotkaniu uważałem, że jestem tam zasłużenie, a nie z powodu spisku. Bo było to szkolenie zmniejszające liczbę punktów karnych na prawie jazdy. Jeżdżę bardzo dużo i pewnego dnia, zdarzyło się, że zwyczajnie się zamyśliłem i zostałem na tym zamyśleniu przyłapany przez policję. Ze znaczną liczbą kilometrów ponad ograniczenie obowiązujące w danym miejscu. Zagrożenia na szczęście żadnego nie było, ale przekroczenie i owszem. Głównie mi wstyd, bo staram się jeździć od jakiegoś czasu bardzo ostrożnie – dotarło do...