Kilka lat temu pracowałem przy uruchomieniu produkcji komponentu do auta elektrycznego. Wtedy elektryki były nowością, a my byliśmy jednymi z pierwszych, którzy ten konkretny element kręcili w skali. Kilka tygodni przed dostawą zadzwonił telefon, którego nikt nie chciał odebrać.
Spłonął cały garaż podziemny.
Kilka samochodów, ogromne straty, klient wściekły, prokuratura w drodze. Każdy, kto pracował w automotive, wie, co to oznacza dla dostawcy: recall, kary, audyt klienta, a w skrajnym przypadku – koniec współpracy i koniec firmy.
Najważniejsze zdanie tego artykułu: uratował nas wtedy nowoczesny system MES z dobrze wdrożonym traceability.
W ciągu kilkudziesięciu godzin doszliśmy do konkretnej stacji montażowej, na której zakładaliśmy element z uszczelką. Wyciągnęliśmy wykresy sił wciśnięcia, dane z konkretnej zmiany, konkretnej partii uszczelek. Zidentyfikowaliśmy mechanizm awarii. Wprowadziliśmy korektę – dodaliśmy smar do uszczelki, zmieniliśmy siłę wciśnięcia, doprecyzowaliśmy specyfikację. Drugi raz się to nie powtórzyło.
Bez traceability tej historii by nie było. Byłaby inna – zakończona inaczej. To jest dokładnie ten moment, w którym dyrektorzy i kierownicy produkcji powinni przestać traktować MES jako wydatek, a zacząć traktować jako polisę.
REKLAMA
Co się zmieniło w latach 2024–2026
Argumenty przeciw wdrożeniu MES brzmiały zawsze tak samo: za drogo, za długo, za skomplikowanie, cały rok wdrożenia. To była prawda jeszcze w 2018 roku. Dzisiaj nie jest.
Pojawiła się cała generacja platform, które pierwsze...